Świadectwo Ryszardy
Piątego września 2002 roku uległam ciężkiemu wypadkowi. Na przejściu dla pieszych uderzył we mnie samochód. Z nosa, uszu, ust tryskała krew. Przyjechała karetka, a lekarz powiedział: „Trzeba ją zabrać, ale i tak nic z niej nie będzie”. W szpitalu zdjęcia, zakładanie gipsu, badania, podawanie krwi. Zdecydowano się przewieźć mnie do odległego o 50 km szpitala na tomografię głowy. Okazało się, że w transportującej mnie karetce pogotowia jest przy mnie moja koleżanka
Danusia.
Dała mi wtedy coś, co dla niej samej było bardzo cenne. Miała ze sobą obrazek Matki Boskiej Gidelskiej, wobec której czuła wdzięczność za uratowanie jej życia. Ofiarowała mi go z podpisem: „Matko Boża, błagam Cię o zdrowie i miłosierdzie dla Ryszardy”. Tymczasem moje życie wisiało na włosku i lekarze nie mieli wielkiej nadziei, że dowiozą mnie żywą na miejsce. W karetce Danusia wraz z moim mężem trzymali mnie za głowę, modląc się i błagając o życie i zdrowie dla mnie. Szczęśliwie dojechałam do Łomży. Wynik badania okazał się fatalny: złamana czaszka, dwa krwiaki – jeden wielkości 80 mm, a drugi 35 mm. Po stwierdzeniu beznadziejności sytuacji i orzeczeniu, że tutaj nic nie mogą zrobić, odesłano mnie do białostockiej kliniki na operację.
Po wypadku –
mówi koleżanka Danuta
– Ryszarda była w bardzo ciężkim stanie. Liczne urazy: głowy, twarzy, nóg, miednicy, pęknięta czaszka, rozerwane ucho. W czasie transportu, oprócz wykonywanych czynności zawodowych, modliłam się w jej intencji. Do legitymacji ubezpieczeniowej Rysi włożyłam obrazek Matki Bożej Gidelskiej z prośbą o łaskę zdrowia i życia. Gorąco pragnęłam, by ten obrazek był przy niej, by Matka Boża się nią opiekowała. Po badaniu podeszłam do lekarza i spytałam, czy widzi dla Ryszardy jakąś szansę? Lekarz odpowiedział, że sytuacja wygląda na beznadziejną i tutaj nic już nie mogą zrobić.
Po operacji – opowiada dalej Ryszarda Gołaszewska – miałam podłączony respirator i tlen, gdyż samodzielnie nie mogłam oddychać. Lekarz podejmował kilkakrotnie próby, ale stwierdził, że bez aparatury jest to niemożliwe. Pocieszał wprawdzie rodzinę, jednak – jak później opowiadał – sam nie wierzył w to, o czym mówił. I w tym czasie Bóg okazał swoją potęgę i moc. Niespodziewanie coś drgnęło i zaczęłam z tego beznadziejnego stanu wychodzić. Odzyskałam przytomność i z dnia na dzień czułam się coraz lepiej. A niebawem już w niewiarygodnie szybkim tempie powracałam do zdrowia. Pewnego dnia na obchodzie ordynator powiedział mi: „Wiesz, nie wierzę w cuda, ale u ciebie to naprawdę był cud”.
Po leczeniu w klinice zostałam przewieziona do miejscowego szpitala w Wysokiem Mazowieckim. Czułam się prawie dobrze, byłam pełna radości i pokoju, nie przeszkadzało mi to, że nie mogłam siadać, chodzić, wstawać, nie mogłam po prostu się ruszać. Personel szpitala patrzył „wielkimi oczami”, gdyż w swoim mieście byłam już dawno pogrzebana. Czekała mnie tu kolejna dwuetapowa operacja kolana, ponieważ miałam zerwane więzadła i uszkodzoną łękotkę, a do tego dochodziło wielomiejscowe złamanie miednicy. Okazało się, że wystarczyła jedna operacja, a planowana druga była już niepotrzebna. Pewnego dnia córka, odwiedzając mnie w szpitalu, trafiła na popołudniowy obchód i usłyszała, jak lekarz kiwając ze zdziwieniem głową, mówi do niej: „Wróciła wasza mama z zaświatów”, mnie zaś – chcąc sprawdzić moją pamięć – przepytywał z tabliczki mnożenia. Egzamin wypadł pomyślnie. Wróciłam do zdrowia.
Z głębi serca raz jeszcze dziękuję Bogu i Jego Matce za cud ocalenia życia i za to, że mogłam już powrócić do pracy.
Ryszarda Gołaszewska
Gidle, 7 sierpnia 2005
|
|