Doszło do kolejnej tamponady serca, mąż miał sinicę i umierał
W dniu 27 października 2006 przyjechałam wraz z mężem do Sanktuarium w Gidlach, by podziękować Ci, Matko Boża, za dwukrotne ocalenie życia i całkowity powrót do zdrowia męża Tomasza. To, co wspólnie wraz z rodziną i przyjaciółmi przeżyliśmy, było jednym wielkim koszmarem.
Przed kilkoma laty stwierdzono u męża wadę serca (wadę zastawki aortalnej). Stanowiło to dla nas zaskoczenie, gdyż mąż był człowiekiem wysportowanym, nie palił papierosów. Lekarz poinformował nas, że w przyszłości czeka go zabieg kardiochirurgiczny polegający na wymianie zastawki. Przez osiem lat żyliśmy ze świadomością tego zabiegu, aż przy kolejnej wizycie, w kwietniu 2006 roku, kardiolog stwierdził, iż nadszedł moment, kiedy trzeba go przeprowadzić. Wybraliśmy klinikę w Zabrzu, a termin operacji został wyznaczony na 31 lipca. Lekarz w klinice po przestudiowaniu wyników badań był dobrej myśli. Powiedział, że ryzyko zabiegu w przypadku męża jest niskie, że po 7–10 dniach wróci do domu, a po okresie rehabilitacji będzie mógł nadal uprawiać swoje ulubione sporty.
W dniu, w którym serce męża miało być „naprawione”, rozpoczął się trudny do wyrażenia horror naszego życia. Sam zabieg odbył się bez powikłań. Kilka godzin później rozmawiałam z mężem telefonicznie, mówił, że jest dobrze. Gdy na drugi dzień przyszłyśmy z córką do szpitala, łóżko męża na sali było puste. Lekarz oznajmił mi, że wystąpiły powikłania, doszło do zatrzymania krążenia, że Tomasza reanimowano na otwartym sercu i konieczny był ponowny zabieg. W następstwie tego wszystkiego doszło do obrzęku mózgu, powikłań neurologicznych, przestały pracować nerki. Stan był krytyczny. Gdy zobaczyłam męża podłączonego do respiratora, wijącego się w nieświadomości na łóżku, to jakby uleciało ze mnie życie.
Cała rodzina, wszyscy nasi przyjaciele modlili się i błagali Matkę Bożą o pomoc. Poprosiłam dla męża o sakrament chorych. Po dwóch dniach Tomek odzyskał świadomość. Stopniowo wracał do świata żywych. Jednak niektóre narządy nadal nie pracowały. Konieczne okazały się dializy. Po dziesięciu dniach pobytu w klinice w Zabrzu skierowano męża do szpitala w Rzeszowie. Stan był ciężki. W dniu wypisu okazało się, iż wszczepiono Tomkowi bakterie gronkowca złocistego, co w przypadku wymiany zastawki oznaczało niemal wyrok. W dalszym ciągu wątroba i nerki nie funkcjonowały, wynik morfologii był krytyczny, a w osierdziu pojawił się płyn, który w każdej chwili mógł doprowadzić do tamponady. Mimo wszystko mąż transport karetką do Rzeszowa przeżył. Tam jednak lekarze nie dawali dużych szans. Groził Tomkowi zespół wstrząsu septycznego tzw. sepsa.
Jako pielęgniarka zdawałam sobie z tego wszystkiego sprawę, lecz z całych sił wierzyłam, że mój mąż będzie żył, że z tego wyjdzie i że wszystko będzie dobrze. Tymczasem jego stan od przyjazdu 9 sierpnia do Rzeszowa z dnia na dzień się pogarszał. Widziałam, że ginie w oczach, uczyniłabym wszystko, aby mu jakoś pomóc, ale poza modlitwą i utwierdzaniem go w przekonaniu, że będzie dobrze, niewiele mogłam zrobić. Stan narządów był nadal krytyczny, a zdaniem lekarza, nawet gdyby mąż przeżył, to i tak jego nerki nie będą funkcjonować. W nocy z 14 na 15 sierpnia nastąpił poważny kryzys, doszło do kolejnej tamponady serca, tętno i ciśnienie było bardzo niskie, zanikło prawie krążenie na obwodzie – mąż miał sinicę i umierał. Siedziałam przy nim całą noc i byłam kompletnie bezsilna. Pozostała jedynie modlitwa. Powiadomiłam rodzinę, że Tomek umiera. Wszyscy gorąco modlili się do Matki Bożej.
Rano 15 sierpnia, kiedy wydawało się, że mężowi niewiele już pozostało życia, lekarze podjęli decyzję o wykonaniu wkłucia doosierdziowego i odbarczenia tamponady serca. Stan się nieco poprawił, jednak lekarz orzekł, że nadal jest ciężki, że może być konieczny kolejny zabieg kardiochirurgiczny.
Właśnie w tym dniu dostałam od swojej cioci odrobinę winka z Sanktuarium Gidelskiego. Wszyscy żarliwie się modliliśmy, a mąż codziennie pił po kropelce „cudowne” winko, przyjmował Komunię Świętą i odmawiał różaniec. I oto z dnia na dzień jego stan zaczął się poprawiać. Po trzech dniach okazało się, że funkcja nerek powróciła i niepotrzebne już były dializy. Lekarze nie kryli zaskoczenia, ponieważ okres niewydolności nerek był bardzo długi. Polepszył się też stan serca, a w tomografii nie stwierdzono żadnego ubytku, ani pęknięcia. W kolejnych posiewach krwi nie stwierdzono gronkowca. Mąż stopniowo wracał do sił i zdrowia. Z każdym dniem wyniki badań były coraz lepsze.
W dniu 14 września Tomasz został wypisany do domu w stanie ogólnym dobrym. Był to dla naszej rodziny najszczęśliwszy dzień w życiu. Obecnie mąż nabiera sił, jeździ na rowerze i pływa na pływalni. Czuje się coraz mocniejszy i w grudniu planuje wrócić do pracy zawodowej. Dzisiaj przyjechaliśmy ze Strzyżowa, miejscowości oddalonej ponad 300 kilometrów od Gidel, i to mąż jest kierowcą, który w jednym dniu podjął się przejechać tę trasę w obie strony.
Ja i wszyscy bliscy głęboko wierzymy, że Tomek jest z nami dzięki Matce Bożej Gidelskiej, którą tak bardzo w swoich modlitwach prosiliśmy o jego zdrowie. Dzisiaj w Twoim, Matko Boża Gidelska, Sanktuarium w imieniu wszystkich wdzięcznych Ci osób gorąco dziękuję za dar zdrowia i życia naszego wspaniałego męża, ojca i przyjaciela.
Beata Warchoł
Gidle, 27 października 2006
|
|