Wiedzieliśmy, że cokolwiek się stanie, Bóg jest z nami i z naszym dzieckiem
W czerwcu 2005 roku nasz wówczas niespełna dwuletni synek Mikołaj zachorował na zapalenie opon mózgowych i sepsę (posocznicę). Mimo starań lekarzy choroba postępowała. Mikołaj wymiotował, cierpiał na bardzo silne bóle głowy, aż wreszcie stracił kontakt z otaczającym go światem wskutek silnego obrzęku mózgu, do tego pojawił się zez z oczopląsem. Dziecko nie potrafiło już siedzieć, ani tym bardziej chodzić. Zaczęły się problemy ze strony układu pokarmowego i wydalniczego, łysienie plackowate na skutek stresów. Gorączka spowodowana sepsą utrzymywała się nieustannie. Z objawami zapalenia mózgu przewieziono Mikołaja ze szpitala w Cieszynie do Śląskiego Centrum Zdrowia Matki i Dziecka w Katowicach–Ligocie.
W Centrum wykonano dziecku tomografię i rezonans mózgu. Wyniki były dla nas bardzo trudne do zaakceptowania: rozliczne stany zapalne mózgu, powiększone komory z płynem. Mimo podawania leków przeciwobrzękowych i serii antybiotyków stan Mikołaja nie ulegał widocznej poprawie.
Prowadząca Mikołaja pani neurolog przekazała nam informację, że stan naszego synka jest bardzo ciężki. Być może trzeba będzie wszczepić zastawki do mózgu, by uchronić go przed wodogłowiem. Dowiedzieliśmy się, że przy tak licznych stanach zapalnych w mózgu należy się liczyć z różnorakim kalectwem, że taki stan nigdy nie przechodzi bez trwałych śladów i powikłań. Postanowiliśmy spróbować, oprócz leczenia tradycyjnego, jakie oferował szpital, metody biorezonansu magnetycznego. Przecież każdy rodzic na naszym miejscu zrobiłby wszystko, by ratować własne dziecko.
Jednak nie było w naszych sercach pretensji o to, co spotkało Mikołaja. Wiedzieliśmy, że Bóg jest z nami, a Jego wyroki są niezbadane. Z pokorą w sercu modliliśmy się: „Bądź wola Twoja, niech będzie tak jak ma być, Panie. Jeśli Mikołaj ma umrzeć, niech tak będzie. Daj tylko, Panie, siły, by to przeżyć”. Nie prosiliśmy o zdrowie. Nie wiedzieliśmy bowiem, czy wolą Pana jest to, by Mikołaj, na którego tak bardzo czekaliśmy, pozostał z nami, czy może jego przeznaczeniem jest powrót do Domu Ojca. Był to dla nas czas wielkiej próby. Pokorna modlitwa i wiara w sens Bożych działań sprawiła, że w naszych sercach panował Boży pokój. Wiedzieliśmy, że bez względu na to, co się stanie, Bóg jest z nami i z naszym dzieckiem.
W tym czasie poznałam Kasię, mamę niepełnosprawnej Weroniki, która przebywała w szpitalu na badaniach diagnostycznych. Podczas jednej z rozmów opowiedziała mi o Matce Bożej Gidelskiej i cudownych uzdrowieniach. Kasia smarowała swoją córeczkę winkiem, którego dotknęła cudowna figurka Matki Bożej, a także podzieliła się nim ze mną. Potem mąż Kasi przywiózł z Sanktuarium w Gidlach winko dla Mikołaja. Każdego dnia po odmówieniu modlitwy smarowałam główkę Mikołaja i wlewałam jedną kropelkę winka do kaszki, którą podawałam mu do jedzenia.
Po kilku dniach stał się cud, o którym nawet nie marzyliśmy. Nasz synek przestał gorączkować, ustały wymioty. Każdego dnia było coraz lepiej. Zez z oczopląsem zaczął się cofać, kłopoty z trawieniem i wydalaniem ulegały stopniowej normalizacji. Dziecko zaczęło siadać, a po około dwóch tygodniach zaczęło uczyć się chodzić. Włoski mu odrastały. Lekarze stwierdzili, że stał się cud. Dowodem na to był kolejny kontrolny rezonans magnetyczny, który wykazał ustąpienie stanów zapalnych i brak blizn, które powodują niewłaściwe funkcjonowanie mózgu. Posiew krwi był jałowy, co świadczyło, że sepsy już nie ma.
Nasze dziecko wróciło do zdrowia. Jesteśmy dozgonnie wdzięczni Matce Bożej Gidelskiej za wstawiennictwo u Boga Ojca, za dar uzdrowienia naszego synka. W niedługim czasie po wyjściu ze szpitala okazało się, że będziemy mieć drugie dzieciątko. I tak w kwietniu 2006 urodziła się nasza córeczka Małgosia. Jesteśmy bardzo szczęśliwi i pokładamy w Bogu nadzieję na dalsze nasze wspólne życie.
Joanna i Tomasz z Cieszyna
Gidle, 15 lipca 2006
|
|