Z Madonną Gidelską spotkałem się przed dwudziestu laty zupełnie przypadkowo. Po nawiedzeniu Sanktuarium zacząłem doznawać dużego wsparcia i pomocy Matki Bożej. Po jakimś czasie, opierając się na tym doświadczeniu, mogłem zachęcać znajomych i przyjaciół, by w razie kłopotów także jechali do Gidel. Mówiłem im: „Słuchajcie, mam takie miejsce, do którego przyjeżdżam, ilekroć pojawiają się w moim życiu problemy. Nie zważam na te dwieście kilometrów, lecz wsiadam do samochodu i jadę do Gidel. Modlę się tam i przekonuję, że kłopoty na ogół dość szybko znikają”. Tym przeświadczeniem zaraziłem nie tylko rodzinę, znajomych, ale i fundację, którą kieruję.
Fundacja im. ks. Latosa zajmuje się m.in. ludźmi uzależnionymi i poranionymi przez to, co chore w ich małżeństwach i rodzinach. Przychodzą do nas różne osoby, powierzając swoje beznadziejne nieraz sprawy. Moim obowiązkiem jest ich cierpliwie i z uwagą wysłuchać. Mówię tym zatroskanym: „Jedźcie ze mną do Gidel, naprawdę warto spróbować”. Równocześnie proszę życzliwe osoby o modlitwę. Chciałbym przedstawić kilka świadectw, które dla naszej fundacji stanowią szczególnego rodzaju zachętę, by z coraz większą ufnością powierzać w dobre ręce Maryi każdą ludzką biedę.
Jerzy Włostowski
Prezes Fundacji im. ks. Władysława Latosa
Jak to się stało, że z takiego dna wyszliśmy na ludzi?
Jesteśmy małżeństwem od prawie dwudziestu lat. Prowadzimy gospodarstwo rolne. Mój mąż od wielu lat nadużywał alkoholu, a ponieważ nie mogłam sobie z tym dać rady, też zaczęłam pić. I tak przez dobrych dziesięć lat piliśmy na umór. Nasze życie było nieustannym pijackim bagnem. Kiedyś zdarzyło mi się usłyszeć o wielkiej dobroci Matki Bożej Gidelskiej. Postanowiłam wybrać się tam z pielgrzymką. Nadarzyła się okazja wyjazdu z grupą z Fundacji ks. Latosa. O tym, co przeżyłam w kościele w Gidlach, wie tylko Matka Boża, którą usilnie błagałam o ratunek. I co się stało? Od ponad dwóch lat oboje nie pijemy, prowadzimy normalne życie. Wszyscy w rodzinie, jak też i sąsiedzi, dziwią się, jak to się stało, że z takiego dna wyszliśmy na ludzi. Wiem, że jedyną odpowiedzią jest wstawiennictwo Matki Bożej Gidelskiej. Tego, co czujemy razem z mężem, słowa nie są w stanie wyrazić.
Mąż ułożył już sobie życie i do nas nie wróci...
Pochodzę ze Śląska Opolskiego. Jestem mężatką, mamy z mężem dwoje dzieci. Zarobki nasze nie pozwalały nam spokojnie żyć. Postanowiliśmy więc, że mąż wyjedzie do Niemiec, by poprawić naszą kondycję finansową. Pojechał po nadzieję. Po trzech miesiącach wrócił. Były chwile radości i smutek koniecznego rozstania. Ale czego nie robi się dla rodziny. Bałam się o męża, bo słyszałam różne rzeczy o mężczyznach przebywających długo poza domem, ale starałam się mojemu mężowi wierzyć. Zawsze mu ufałam i czułam, że nas kocha tak bardzo, iż swojego serca od nas nie odwróci. Po pewnym czasie mąż poinformował mnie telefonicznie, że nie może przyjechać, bo jest zapracowany. Następne telefony były podobne, a jego głos nie był już jego głosem. Wiedziałam, że nie mówi już prawdy. Podświadomie czułam, że coś zakradło się do jego serca. Jednak tego, że mnie zdradził, wypowiedzieć nie chciałam i udawałam, że dalej nic nie wiem. Intuicji kobiety, która pracuje wśród chorych osób, nie da się oszukać. W końcu nadszedł sądny dzień, kiedy to mąż oznajmił mi przez telefon, że ułożył już sobie życie w Niemczech i do nas nie wróci.
Współpracuję z pewną siostrę zakonną, której się zwierzyłam. Powiedziała, że będzie się za nas modlić. Poprosiła też o zgodę na zwrócenie się do pana Jurka z wrocławskiej fundacji. Zaufałam jej całkowicie. Po nawiązaniu kontaktu z fundacją, siostra przekazała mi, że w tak trudnych sytuacjach bardzo pomocną jest Matka Boża Gidelska i to do Niej będzie się zwracał pan Jerzy, prosząc także swoich znajomych i przyjaciół o modlitwę. Do tego samego zachęcił również mnie i siostrę zakonną.
I nagle wszystko się zmieniło. Mąż zadzwonił do mnie po trzech dniach, mówiąc, że za cztery dni wraca. W niedzielę był już w domu. Przeprosił mnie, powiedział, że mnie kocha i do Niemiec już nie wróci. Po paru dniach okazało się, że musi wrócić po swoje rzeczy do Niemiec. Wystraszyłam się. Zadzwoniłam do siostry, przedstawiając swoje obawy, ale ona po konsultacji z wrocławską fundacją powiedziała, że mam zaufać mężowi. Mąż pojechał i zgodnie z obietnicą wrócił.
Do tej pory niby wiedziałam, że można prosić Matkę Boską o pomoc, ale była to dla mnie tylko teoria. Nie miałam bowiem większych problemów w swoim życiu. Jednak całe to doświadczenie z mężem sprawiło, iż Matka Boża Gidelska od lutego 2006 roku ma w moim sercu stałe miejsce.
Zaczęliśmy tonąć w potwornych długach
Jesteśmy od ponad dwudziestu lat razem. Oboje mamy za sobą, jak to się teraz określa, nieudane, ale kościelne związki. Mówimy innym, że wtedy nam nie wyszło, ale teraz nareszcie mamy siebie. Prowadziliśmy duży biznes, zatrudniając prawie 400 osób. Wszystko funkcjonowało dobrze, zwłaszcza zaś sprawy finansowe. Mieliśmy, co prawda, problemy z kościołem, ale zawsze jakoś to było. Jednak któregoś dnia coś zaczęło się psuć. Pojawiły się problemy finansowe i niebawem zaczęliśmy tonąć w potwornych długach. W końcu okazało się, że z całego biznesu zostały tylko i wyłącznie długi. Nie mieliśmy pojęcia, dlaczego znaleźliśmy się w tak wielkim dołku, aż wyszło na jaw, iż w bardzo sprytny sposób okradł nas nasz księgowy. Szukaliśmy wówczas prawnika i tak trafiliśmy do Wrocławia do fundacji, która pomaga osobom zagubionym. Tam usłyszeliśmy od pana Jurka, że wszystko, co budowaliśmy razem z żoną, nie miało błogosławieństwa, bo żyjemy w ciągłej gotowości do grzechu. Zrozumieliśmy, iż pora unormować nasze życie, aby było zgodne z wiarą, którą wyznajemy.
W rozmowie z pewnym zakonnikiem usłyszeliśmy, że istnieje duże prawdopodobieństwo na stwierdzenie tego, iż nasze poprzednie związki małżeńskich były nieważne. Do tego jednak czasu nie wolno nam ze sobą współżyć. Mamy być po prostu białym małżeństwem. Ciężko jest tak nagle zacząć inaczej patrzeć na osobę, z którą się żyje od tylu lat. Ale nam na zgodzie z Panem Bogiem naprawdę zależało. Pojechaliśmy na Jasną Górę, aby porządnie się wyspowiadać i po tym podjąć decyzję. Tak też się stało. Pełni nadziei wróciliśmy do Wrocławia. Tam usłyszeliśmy o pielgrzymce do Gidel – nie wiedzieliśmy nic na ich temat, ale usłyszeliśmy o cudach wymodlonych w tym miejscu. Kiedy ujrzeliśmy cudowną figurkę Matki Bożej, zrozumieliśmy, że tu zostaniemy wysłuchani. Od tego czasu co roku przyjeżdżamy na obrzęd, w czasie którego maleńka, dająca się ukryć w ludzkiej dłoni, figurka zanurzana jest w winie, takim jak to używane do Mszy świętej. Stopniowo zło, w którym dotychczas tkwiliśmy, zaczęło nas za sprawą Matki Bożej Gidelskiej opuszczać. Za każdym razem, kiedy ogarnia nas „słabość”, prosimy Tę, która jest „w cuda potężna”, o pomoc i dalej możemy już żyć w czystości.
Przedstawiamy Matce Gidelskiej nasze prawne i finansowe kłopoty i idąc do urzędu czy sądu, mamy świadomość, że Matka Najświętsza jest z nami. Najlepiej świadczą o tym wyniki naszych zabiegów i starań. Wiemy, że to za sprawą Gidelskiej Matki wyszliśmy już prawie ze wszystkich długów. Prowadzone przez Sąd Biskupi postępowanie w sprawie orzeczenia nieważności naszych poprzednich małżeństw sprawiło, że w naszych sercach pojawiła się wielka nadzieja.
Żona syna nosi w łonie nie jego dziecko
Mój syn ożenił się z miłości i w jego małżeństwie przyszło na świat dziecko. Powodziło im się dość dobrze, jednak postanowili, by pojechał do pracy za ocean, by móc żyć jeszcze lepiej. Gdy syn wyjeżdżał z domu, w ogóle nie brał pod uwagę, że żona może swoje serce skierować do kogoś innego. Tymczasem po powrocie dowiedział się, że wyprowadziła się do swoich rodziców i nie chce już wrócić, gdyż nosi w łonie nie jego dziecko. Mój syn był w prawdziwym szoku, zupełnie nie wiedział, jak sobie z tym wszystkim poradzić.
Wtedy dowiedziałam się o pewnej fundacji we Wrocławiu, gdzie można uzyskać poradę w różnych sprawach, również tak bardzo zawiłych jak moja. Usłyszałam tam słowa, które wprawdzie dobrze znam, ale które nabrały innego znaczenia w zaistniałej relacji syn–synowa: „odpuść nam, jako i my odpuszczamy”. Uświadomiłam sobie konieczność przebaczenia. Usłyszałam, że mój syn wyjeżdżając, zostawił osamotnioną młodą kobietę, która pragnęła mimo wszystko obecności kochającego ją mężczyzny, więc wina jest obustronna. Jeśli zatem syn jest nadal katolikiem, powinien nakłonić żonę do powrotu. Na pytanie o nienarodzone dziecko usłyszałam, że powinien je kochać jak własne. Nie mogłam, rzecz prosta, podjąć decyzji za nich, ale powiedziano mi, że w fundacji takie trudne sprawy polecają Matce Bożej Gidelskiej. Zaproponowano mi taką pomoc.
–Sama nie wiem, jak to się stało, ale faktem jest, dzięki wierze i wytrwałości wszystkich, którzy w tym uczestniczyli, mój syn zdołał nakłonić żonę do powrotu do domu, a nowo narodzonemu dziecku dał swoje nazwisko. Teraz, kiedy się ten horror skończył, mogę powiedzieć, że wszystko zakończyło się szczęśliwie tylko i wyłącznie dzięki Matce Bożej Gidelskiej.
Powyższe świadectwa zostały przekazane do Fundacji im. Ks. Władysława Latosa we Wrocławiu. Ich autorzy upoważnili prezesa fundacji, Jerzego Włostowskiego, do przedstawienia ich pielgrzymom modlącym się na nabożeństwie o uzdrowienie w Gidelskim Sanktuarium.